Karpacz wita – 570 km w 3 dni cz.1

Morze zaliczone, to teraz czas na wymarzone góry.

Niespełna tydzień po tym, jak spełniałam swój cel życiowy (zachęcam do przeczytania mojego wyzwania Cel życiowy – 315 km Kołobrzeg cz.1)postanowiłam spełnić swój kolejne marzenie : pojeździć po górach 🙂 . Zawsze chciałam sprawdzić, jaki to jest wysiłek, podjeżdżać pod stromizmy (umówmy się, my Wielkopolanie, to pojęcia zielonego nie mamy, co to jazda po innym terenie co niepłaski) i czy moja noga jest na tyle silna, by dała z tym terenem radę. Powiem Wam jedno – wysiłek spory, a noga mega mocna, bo dała radę nawet z dużym zapasem 🙂 . Początkowo myślalam, że mogłabym trochę odpocząć, po ostatnich wojażach (jednak mam respekt do gór), ale że pogoda zapowiadała się być przepiękną, to żal było po prostu nie skorzystać. Jedyną przeszkodą było :

nie, nie, moi Drodzy : NIC i NIKT nie mógł mi stanąć na drodze, żebym tam nie dotarła – do Karpacza! Cukrzyca też, ją trzeba było po prostu przedstawić przed faktem dokonanym – JEDZIEMY 🙂 ! I tyle! To zacznijmy od początku.

Z racji tego, że po Kołobrzegu byłam bardziej doświadczona, jak przygotować się odpowiednio do trasy, to samo przygotowanie, wraz z rezerwacją 2 noclegów przez booking, zajęło mi niespełna 3 godziny. Plan był taki:

  • 1 dzień: Środa Wlkp. – Jawor (nocleg) – ok. 190 km
  • 2 dzień: i tu 2 warianty: Jawor – Karpacz – Złotoryja (drugi nocleg) – 108km lub Jawor – Karpacz – ewentualnie, jak starczy sił Szklarska Poręba – Złotoryja (drugi nocleg) – 138km
  • 3 dzień: Złotoryja – Środa Wlkp. – 180 km

Tutaj nie musiałam aż tak ściśle planować postojów, jak w wyprawie do Kołobrzegu:

  1. nie była to niedziela niehandlowa, tylko wtorek, czyli sklepy otwarte,
  2. do przejechania odcinki tylko ok. 200 km, ok. 8 godzin jazdy, także na luzie, przed zmierzchem damy radę.

Spakowana byłam już dnia poprzedniego tj, 21.08.2018. Ruszyłam dość wcześnie, 0 6:30., najważniejsze, że było już jasno.

 

 

 

 

 

 

 

 

Z racji tego, że, jak pewnie zwróciliście uwagę, piszę ten post dość późno od momentu, kiedy faktycznie wyjechałam do Karpacza, ciężko jest mi odtworzyć w pamięci, co i o której dokładnie jadłam. Poniżej pokaże Wam za to moje cukry. Specjalnie zaznaczyłam dzień wcześniej, abyście zobaczyli, że na ten dość intensywny wysiłek fizyczny, konieczne było zatrzymanie bazy. W poniedziałek (dzień przed wyjazdem) baza była podawana (czerwone obramowanie), natomiast we wtorek i w środę (tutaj byłam już w podróży), już nie. Podawałam tylko bolusy proste do większych posiłków, tak, aby nie zakwasić organizmu. Bolusy te były jednak mocno okrajane.

Jak zwykle miałam przy sobie, w tzw. “między czasie”, batoniki oraz banany – niezbędny owoc kolarza. Zamiast moich ulubionych marsów, wybrałam tym razem typu fit ( po prostu mniej zaklejały buzię, ale trochę czekolady też na szczęście miały 🙂 ):

Znalezione obrazy dla zapytania batony corn big netto

Po drodze goniły mnie przez chwilę ciemniejsze chmury, ale jak się ostatecznie okazało, szły w bocznym kierunku, a ja dotarłam suchą nogą do pierwszego miejsca noclegowego w Jaworze.

Nazajutrz, już o godzinie 6:30 byłam gotowa do wyruszenia w upragnione góry. Wyszłam na zewnątrz hotelu i co? I znowu odbiłam się od bramy, która była na pilot (pewnie pamiętacie taka samą sytuację, z wyprawy do Kołobrzegu)! Tutaj nie było płotu, przez który można byłoby przeskoczyć (tylko co z rowerem), ale była za to furtka – zamknięta na kłódkę! No brawo, żeby gości hotelowych tak zamykać, jak we więzieniu? A może wyszli z założenia, że żaden normalny hotelowicz, nie wstaje o godzinie 6:00 😉 ? Wkurzyłam się:

nie po to wstawałam tak wcześnie, żeby kwitnąć tu przed bramą i to od jej wewnętrznej strony!

Rower zostawiałam na zewnątrz (i tak go przecież nie ukradną), ja weszłam z powrotem do środka. Żadnego dzwonka, nic. Skoro była restauracja – zamknięta, stwierdziłam, że musi być też do niej jakiś kibel (tak, byłam nadal wkurzona). Znalazłam, ukryte zaa jednej ze ścian drzwi toalety. Zaczęłam nimi na tyle głośno trzaskać, że tadam – sezam się otworzył 😀 .

Sprawdzajcie zawsze drogę ewakuacji z hotelu 🙂 !

Dobra, jedziemy w górki. Teren zaczął być faktycznie pagórkowaty, także już po 10-ciu kilometrach, po 7:00 rano, jechałam w krótkim, kolarskim stroju. Słoneczko też już zdążyło wstać:

Później było już tylko lepiej: wąskie, kręte ulice, cisza, praktycznie żadnych samochodów i pod górę 🙂 . Mieszkańcy zaczęli wstawać do swoich zwierzątek na gospodarstwie, a ja mogłam spokojnie i dokładnie przyglądnąć się, co dzieje się na ich podwórku, bo tempo, w jakim jechałam, było naprawdę woooooolne. Górki, górki i jeszcze raz górki. Czasami podjeżdżałam nawet w tempie 11km/h. Zjeżdżało się natomiast bardzo szybko, ok. 50 km/h i nie było to, wierzcie mi, przyjemne. Było wtedy mega zimno. I tak kilometr po kilometrze, o 9:52 zameldowałam się w Karpaczu. Tabliczka, tabliczką, a do samego centrum było jeszcze dobre 3 kilometry i to pod dość stromą górę.

Na ulicach Karpacza zastałam mało ludzi. Turyści byli już pewnie na szlakach. Ja postanowiłam zakupić tę góralską pyszotkę poniżej na zdjęciu i uzupełnić tym samym niedobory kalorii.

(He, a zapas soli to miałam chyba zapewniony tym oscypkiem na cały wyjazd, no nie żałowali. Ups. a zjadłam ich nie jeden. Też najbardziej lubicie białe oscypki 🙂 ? )

I co? I to już miał być koniec jazdy po górkach? Tak sprawnie, szybko i … bezboleśnie? O nie! Zrobiłam głosowanie: ja byłam za, cukrzyca też, a rower nie miał nic do gadania – WSIADŁYŚMY NA NIEGO I POJECHALIŚMY WSZYSCY RAZEM DALEJ 🙂 !

Cel – Szklarska Poręba, przede mną 27 km terenu górzystego. Opłacało się, bo tam czekały już na mnie te pyszne, cieplutkie, chrupiące …. Noł, noł, noł – myślicie, że tak już teraz i tu się tego dowiecie? Ha – a własnie że nie 😀 ! Zapraszam do dalszej lektury Karpacz wita – 570 km w 3 dni cz.2.

Widzicie, nie tylko ja jestem taka “niedobra”, kotek też mnie popiera:

Dodaj komentarz

Zamknij Menu